Powoli mijałam East street, Conyers street, aż w końcu dojechalam do Maple street i skręciłam. Minęłam numer 2102, 2104, 2106 i zatrzymałam się. Na skrzynce pocztowej widniał adres:
Maple Street 2108
Weszłam do domu i powitało mnie klasycznie urządzone wnętrze. Jasna kuchnia z wysepką na środku, beżowo-brązowy salon z ciemną sofą naprzeciw telewizora. Po drugiej stronie pokoju był obowiązkowy kominek. Wróciłam do holu i rzuciłam okiem na pudła. Wzięłam pierwsze z brzegu. Było wypełnione książkami ze strychu. Na początku wyglądało jak bardzo stare albumy ze zdjęciami, które nigdy nie były oglądane. Sięgnęłam po pierwszy i rozsiadłam się na kanapie. Otworzyłam album i zamiast zdjęć ujrzałam stare kartki zapisane wyblakłym atramentem i rysunki kwiatów i ziół. Przeglądałam następne strony kiedy z księgi na kolana spadło mi zasuszone zioło. Chciałam odszukać roślinę w dziale z ziołami. nie znalazłam nawet najmniejszej wzmianki. Zdesperowana zaczęłam przerzucać kolejne księgi popijając whisky, aż w końcu natrafiłam na księgę "Demony i potwory". Dolałam sobie bursztynowego trunku i lekko wstawiona przerzucałam kolejne strony. odszukałam rysunek i przeczytałam opis:
"Werbena - zioło silnie szkodzące wampirom.
Jeszcze bardziej pijana odnalazłam notatki o wampirach.
Potwór; żywi się krwią; bezduszne; potępione; potrafią hipnotyzować...
Litery zamazywały się coraaz mocniej, a powieki były coraz cięższe. W końcu wykończona pozwoliłam sobie odpłynąć w niebyt.
***
Obudziłam się parę godzin później jeszcze lekko pijana. Za oknem było już ciemno, zegar w kącie wskazywał 20.37. Postanowiłam rozejrzeć się po miasteczku. Na piechotę dotarłam do Grilla. Zajęłam miejsce przy barze. Skinęłam na barmana.
- Burbon jeśli można.
Oj Amber, Amber. Tyle alkoholu w ciągu jednej doby.
- A co innego można robić niż pić, gdy się nikogo nie zna. - mruczałam pod nosem popijając burbona.
- Poznać kogoś. - koło mnie pojawiła sie szczupła dziewczyna. Falujące blond włosy sięgały jej do ramion. Wyciągnęła rękę w moim kierunku. - Caroline.
- Amber.
- Nowa w mieście, czy przejazdem?
- Na stałe. Aż tak widać?
Caroline zamówiła burbona dla siebie, a dla mnie drugą kolejkę.
- Nie, spokojnie. - Roześmiała się. - Po prostu mieszkam tu od zawsze i znam prawie wszystkich. Moja mama jest w radzie miasta. I do tego szeryfem.
- Małe szanse na zwariowane życie.
- Oj nie masz pojęcia jak się mylisz. - dziewczyna wymruczała pod nosem. - Czas, żebys poznała moich przyjaciół!
Przeciągnęła mnie przez parkiet zapełniony przez tłum ludzi, których nie było tu jeszcze 15 minut wcześniej. Dotarłyśmy do grupy stolików. Siedziały tam dwie brunetki. Chyba bliźniaczki, ale jedna z nich miała kręcone włosy. Widać było, że się nie lubią. między nimi siedział chłopak z bujną czupryną ciemnych blond włosów. Koło ich wszystkich siedziała uśmiechnięta mulatka.
- Hej! Patrzcie kogo przyprowadziłam! - wszyscy spojrzeli na mnie z lekkim przerażeniem w oczach. - To jest Amber. Wprowadziła się...
- Dzisiaj.
- I nikogo tu nie zna. Może sie do nas przysiąść? - blondynka niemal błagała ich na kolanach. Pierwsza odezwała się mulatka.
- jasne! Czemu nie. - podała mi rękę i uśmiechnęła się.
Wszyscy jakby odetchnęli z ulgą. Caroline przedstawiła wszystkich po kolei.
- To jest Elena, Stefan, Katherine i Bonnie.
Katherine, brunetka w lokach zamówiła dużo alkoholu. Pół godziny później wszyscy śmialiśmy się na parkiecie. W pewnym momencie przypomniało mi się to co czytałam w domu w księgach. Najbliżej mnie była Bonnie.
- Hej, Bonn? Słyszałaś coś o ziele takim jak werbena? - dziewczyna zamarła i spojrzała na swoich przyjaciół. nie umknęło mi to, że spojrzeli na mnie, jakby to słyszeli.
Nagle widok przesłoniła mi ciemność.
_______________________
Przepraszam z kolejną dłuuugą przerwę.. ale teraz będę mogła pisać więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz